Cellulit to defekt kosmetyczny, z którym zmaga się wiele osób. Wbrew powszechnej opinii dotyka on nie tylko kobiety. Nie są od niego wolne osoby młode, jak również te, które regularnie uprawiają aktywność fizyczną. Czynniki przyczyniające się do jego powstania mogą być różne. Wśród nich warto wymienić nadmiar estrogenu (żeński hormon płciowy), uwarunkowania genetyczne, zaburzenia cyrkulacji krwi, niewłaściwą dietę, siedzący tryb życia. Jedno nie pozostawia jednak wątpliwości
– szalenie trudno jest go zlikwidować.

Tymczasem karboksyterapię wyróżnia udowodniona klinicznie skuteczność w redukcji cellulitu – na poziomie 89%.

Dwutlenek węgla po wprowadzeniu pod skórę częściowo zamienia się w kwas węglowy, który prowadzi do uszkodzenia oraz rozpadu komórek tłuszczowych (adipocytów). Poprawia on także ukrwienie, a co za tym idzie drenaż limfatyczny i metabolizm komórkowy.

Karboksyterapia prowadzi do:

  • rozluźnienia struktury cellulitu;
  • zmniejszenia liczby komórek tłuszczowych;
  • widocznego wygładzenia, poprawy jędrności i sprężystości skóry.

Ta metoda z powodzeniem może być wykorzystywana do zwalczania cellulitu w każdym stadium, także III i IV, gdy występowaniu nieestetycznych podskórnych grudek towarzyszy również uczucie bolesności uniemożliwiające komfortowe funkcjonowanie.

W naszym gabinecie usuwamy cellulit ze wszystkich tych okolic, w których występuje on najczęściej, czyli:

  • ud;
  • pośladków;
  • bioder;
  • brzucha;
  • ramion.

Przewaga karboksyterapii nad liposukcją polega na tym, że jest to metoda:

  • niechirurgiczna;
  • mało agresywna;
  • obarczona minimalnym ryzykiem powikłań;
  • niewymagająca rekonwalescencji.

Od chętnie stosowanej mezoterapii igłowej odróżnia ją fakt, iż podczas zabiegu wstrzykiwany jest medyczny dwutlenek węgla, nie zaś sztuczne wypełniacze lub substancje aktywne. Nie ma więc elementu zagrożenia związanego z pojawieniem się reakcji alergicznych lub powikłań wynikających
z wprowadzenia pod skórę substancji, które naturalnie nie występują w ludzkim organizmie.

Loading...